Bydgoskie Mortis Dei wraca z piątym albumem i udowadnia, że klasyczny death metal wciąż ma kły. „The Bringers Of Death” to podróż w czasie – brutalna, bezkompromisowa i cholernie szczera.
Bydgoskie Mortis Dei od zawsze miało w sobie coś intrygującego. Zespół funkcjonujący gdzieś obok głównego nurtu, ale był obecny w zinach i podziemiu od lat. Mimo licznych zmian w składzie chyba nigdy nie zniknął – nagrywał, działał, konsekwentnie szedł swoją drogą.
Przez długi czas „mózgiem operacyjnym” wydawał się Łukasz „Kobus” Kobusiński, który jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ogarniał kontakty z mediami. Nie zmienia to jednak faktu, że liderem i twarzą zespołu był i pozostaje Grzegorz Zaremba. Dziś Kobus działa w Deamonolith, a Mortis Dei…?
…Mortis Dei nadal robi swoje i robi to konkretnie.
„The Bringers Of Death”, piąty pełnograj wydany w ubiegłym roku przez Black Flame Rebellion, to kawał solidnego death metalu, zorientowanego na amerykańską scenę, ale też głęboko zakorzenionego w oldschoolu. To granie, które bez problemu przenosi słuchacza o dobre trzy dekady wstecz. Z jednej strony mamy współczesne, selektywne brzmienie, z drugiej – ducha starej szkoły, który ani na moment nie ulotnił się z tej muzyki. Mortis Dei nie próbuje być modne. Oni po prostu grają death metal tak, jak powinno się go grać.
Wokal balansuje między brutalnym growlem a bardziej wrzaskliwymi formami ekspresji, tempo najczęściej trzyma się szybszych rejestrów, a całość uzupełniają dobrze wyczute melodie. Słychać to choćby w „Ruthless Annihilation”, „Redemption” czy bardzo mocnym „Sacrifice”.
„The Bringers Of Death” to nie jest rewolucja. To jest solidny, świadomy swojej formy death metal, w którym każdy wie, skąd pochodzi i dokąd zmierza. I właśnie tutaj pojawia się pewien niedosyt. Bo takie zespoły jak Mortis Dei czy choćby Trauma to kapele ponadprzeciętnie solidne – z doświadczeniem, własnym stylem i konkretnym zapleczem. Problem w tym, że… pojawiają się z nowym materiałem zdecydowanie zbyt rzadko. A chciałoby się częściej…