Zespół DR WATT to specyficzna kapela. Grają, kiedy chcą, nagrywają, kiedy chcą, generalnie robią, co chcą. Zachciało im się wreszcie nowej płyty. Zapowiadali ją już pięć lat temu. I w końcu nadeszła wiekopomna chwila.
Poprzednia płyta „Changes” ukazała się w 2014 roku. Potem przyszła proza życia, zmiany składu i w końcu pandemia koronawirusa. Paradoksalnie to wydarzenia z 2020 i 2021 roku stały się inspiracją. Utwory, które znalazły się na „20/21” powstały w czasie, kiedy w Polsce panoszył się COVID, a ludzie ponosili konsekwencje wprowadzonych obostrzeń. Wtedy również, z uwagi na ograniczenia i problemy ze składem, muzycy nie mogli zarejestrować nagrań. Udało się to dopiero w momencie, kiedy pandemia zaczęła przechodzić do historii.
Już mroczna okładka, zdjęcie autorstwa Patrycji Ożarowskiej, współgra z tym, co znajduje się na płycie. Wokalista Paweł Bielecki rozlicza nie tylko smutny czas pandemii. Jego teksty mają wymiar zdecydowanie bardziej uniwersalny. Od przemijania po rozważania dokąd jako ludzkość zmierzamy. I tu warto podkreślić ważną zmianę – Bielecki śpiewa całą płytę po polsku. To duży atut – popularny „Żaba” nie tylko zawiera w swoich tekstach konkretny przekaz, ale również bawi się słowem („Zjednoczone palety barw” – absolutne mistrzostwo). Po angielsku nie miałoby to takiego „rażenia”. Muszę też przyznać, że wspiął się tutaj na wyżyny jako autor słów i wokalista. Owszem, ma swoją specyficzną manierę, którą można lubić lub nie. Mnie przekonuje sam fakt, że zrobił krok w trochę inną stronę, niż na pierwszej płycie.
Muzycznie DR WATT dojrzał. Rozwinął styl znany z „Changes”. Nowa płyta jest jednak jeszcze bardziej przebojowa, a przy tym… ostrzejsza. Odpowiedzialny za stronę muzyczną Paweł Korol postarał się o melodie, które już przy pierwszym odsłuchu zapadają w pamięć. Wystarczy odpalić płytę, a już pierwszy numer („50”) wpada w ucho z refrenem o… rozwianych grzywach koni. Fajny utwór, z syntezatorowym intrem, oparty na ciętym, lekko thrashowym riffie. Przebojowości dodaje „hymnowy” refren. Aż chce się wskoczyć na konia, choćby mechanicznego, i poczuć wiatr we włosach. Już teraz wiem, że to właśnie ten kawałek będzie za kilka lat jednym z hitów mojej „pięćdziesiątki”.
„Zjednoczone palety barw” to chyba najcięższy i najmroczniejszy utwór na płycie – i tekstowo, i muzycznie. Bo nie da się inaczej śpiewać o smutnych obserwacjach rzeczywistości. Dlatego Bielecki przechodzi tu od spokojnego wokalu w zwrotkach, do niemal dramatycznego krzyku w refrenach. I kiedy słyszę o obłudzie, podzielonym społeczeństwie, manipulacjach, to czuję się, jakbym oglądał jakiś dreszczowiec. Zresztą właśnie dreszcze mam, kiedy słyszę Żabę krzyczącego „halt!”. Dobrze, że jako kolejne są „Dni gorsze”. Tekstowo jest tu trochę optymistyczniej, bo przecież „drogą chwały są dni gorsze”. Muzycznie przypomina mi to coś między ODDZIAŁEM ZAMKNIĘTYM z lat 90., a grupą HUMAN. Fajnie gitary współgrają ze sobą, bas pokazuje się nie tylko w tle.
Bezpośrednim nawiązaniem do pandemii jest utwór tytułowy. I znów muzycznie świetna kompozycja, w której Bielecki wspierany jest żeńskimi głosami. Tekstowo, cóż… Świat, który znaliśmy, uległ zmianie…
Na płycie oprócz ostrych, zadziornych kawałków, nie brakuje też ballad. „Tlij się” to naprawdę chwytająca za serce piosenka o miłości. Spokojny wstęp przekształca się w power balladę, której nie powstydziłyby się amerykańskie kapele z lat 80. Mnie jeszcze bardziej porusza „A na końcu będzie tak”. Trochę, jakby ballada LED ZEPPELIN spotkała się z balladą METALLIKI. Esencja stylu od lat 70. do początku 90., genialna solówka i kilka fajnych muzycznych smaczków.
„Oni” to kolejny rockowy hit, który aż się prosi o puszczanie w dobrym radiu. Łatwo i szybko wpada w ucho, ale oprócz melodii nie brak mu pazura. Niespodzianką jest nawiązanie w tekście do pewnego wielkiego hitu grupy PERFECT. Zresztą, sami posłuchajcie.
Płytę wieńczą dwa wyjątkowe utwory. „Viva la vida” to… żart w formie baśni, gdzie jednym z bohaterów jest „słynny Dr Watt”. Więcej nie zdradzę, sami się pośmiejcie, bo „śmiech to zdrowie, więc ha ha ha”. Totalnym przeciwieństwem jest „52”. To swego rodzaju nawiązanie do „51” TSA. Kontekst też jest podobny – to hołd dla zmarłego przyjaciela zespołu, „Bazyla”. Takie epitafium w formie power ballady na koniec płyty jest pięknym zamknięciem całości. Ciężki sabbathowy riff „rozwleka” utwór i sunie powoli, niczym kondukt żałobny. Dramaturgii dodają wokalizy na koniec. I jeszcze to solo Korola… Właśnie takie chciałbym usłyszeć na swoim pogrzebie. Niesamowity ładunek emocjonalny…
Podsumowując: piękne melodie, świetne solówki, kompletne kompozycje i wokal podkreślający wymiar uniwersalnych, ale momentami bardzo dosadnych tekstów. Można by tutaj oczywiście przywołać nazwy znanych kapel, inspiracje którymi czuć na tej płycie. DR WATT to jednak znak własnej, solidnej jakości. Jednak muszę stwierdzić, że ja mam problem z tymi nagraniami. Niby wszystko fajnie, nóżka rytmicznie „chodzi”, główką czasami chce się pomachać, ale… Raz się śmieję, raz wzruszam, a jeszcze kiedy indziej popadam w nostalgię, zastanawiam się nad sensem życia. W te kilkadziesiąt minut przelatuje przeze mnie tyle emocji, że kiedy kończy się płyta, to nie wiem, co ze sobą zrobić. I włączam ją ponownie. Ale chciałbym mieć tylko takie problemy.
DR WATT – „20/21”
LP 2025
Lista utworów:
1. 50
2. Zjednoczone palety barw
3. Dni gorsze
4. 20/21
5. Tlij się
6. Oni
7. A na końcu będzie tak
8. Viva la vida
9. 52
Skład:
Paweł Bielecki – wokal
Paweł Korol – gitara, bas
Paweł Stuczyński (HETMAN) – perkusja (4,6)
Marcin Głos – perkusja, chórki (9)
Dominika Siwek – chórki (1)
Amelia Ponikowska – chórki (5)
Magdalena Trapik – chórki (5)
Roman Szymanowski (ex- SYNKOPA) – chórki (9)
Najbliższe koncerty:
18.09 – Kętrzyn, Kętrzyńskie Centrum Kultury: https://www.facebook.com/events/1088776056307663