W czasach, gdy coraz więcej zespołów próbuje na siłę unowocześniać heavy metal, IRONBOUND idzie w zupełnie innym kierunku. „Serpent’s Kiss” nie wznieca rewolucji i nie próbuje nikomu niczego udowadniać. To album nagrany przez ludzi, którzy doskonale wiedzą, czego chcą i czują, jak powinien brzmieć klasyczny metal.
Grupę poznałem przy okazji pierwszej płyty – „The Lightbringer”. Wtedy nie miałem żadnych oczekiwań, a z miejsca zostałem kupiony ich dźwiękami. Do drugiego albumu podchodziłem więc z jeszcze większą ciekawością, ale też i obawą, czy panowie przeskoczą poprzeczkę ustawioną wysoko znakomitym debiutem.

Już od pierwszych minut słychać fascynację złotą erą gatunku i czasami, kiedy kapele NWOBHM święciły największe triumfy. Gitary pracują pełną parą, riffy są zwarte i chwytliwe, a solówki mają odpowiednią dawkę melodii i technicznego polotu. Nie ma tu przesadnego popisywania się szybkością i wirtuozerią – każdy dźwięk wydaje się mieć swoje miejsce. To granie oparte na solidnych fundamentach. Czuć ducha lat osiemdziesiątych i potęgi IRON MAIDEN, ale nie jest to bezmyślne kopiowanie mistrzów. To raczej świadome czerpanie z tradycji i próba opowiedzenia jej własnym językiem.
Nad poszczególnymi utworami nie będę się tu za bardzo rozpisywał. To w zasadzie rozwinięcie pomysłów znanych z debiutu. Mamy więc mix motywów w stylu IRON MAIDEN, z lekką domieszką power metalu i surowszym, niż pierwsza płyta, brzmieniem. Zespół rozpędza się już od pierwszej minuty i praktycznie się nie zatrzymuje, serwując kolejne metalowe killery. Wszystko po to, by na koniec zapodać „perełkę” – „The Healer of Souls”. To najdłuższy, trwający niemal 9 minut, utwór w historii grupy. Zaczyna się balladowo, stopniowo się rozkręcając, zmieniając tempo, aż do będących „truskawką na torcie” gitarowych popisów i… akustycznego wyciszenia na zakończenie.
Na szczególne uznanie zasługują gitarzyści – Michał Halamoda i Krzysztof Całka . Riffy są konkretne, mięsiste i mają to coś, co sprawia, że zostają w głowie na długo. Solówki nie są tylko obowiązkowym elementem kompozycji – rozwijają utwory i dodają im charakteru. To właśnie w takich momentach słychać doświadczenie i muzyczną świadomość zespołu. Nie będę gołosłowny – posłuchajcie utworu tytułowego.
W uszy rzuca mi się mocno sekcja rytmiczna. Basista Zbigniew Bizoń i perkusista Adam Całka nie ograniczają się do roli tła – budują odpowiedni ciężar i nadają kompozycjom energii. Wystarczy już na „dzień dobry” posłuchać otwierającego płytę „Doomsday to Come” czy „harrisowego” intro do „The Destroyer of Worlds”. W pozostałych utworach również wyczyniają takie rzeczy, jakich Steve Harris i Nicko McBrain by się nie powstydzili.
Łukasz Krauze dobrze odnajduje się w takim repertuarze. Śpiewa pewnie, momentami z odpowiednią chrypką i charakterem, unikając zarówno przesadnej teatralności, patosu, jak i monotonii. Dzięki temu nawet bardziej klasyczne rozwiązania nie sprawiają wrażenia odtwórczych. Owszem słychać tu cały czas Dickinsona i Bayley’a, z akcentem na tego drugiego, ale trzeba przyznać, że Łukasz daje też coraz więcej od siebie.
Produkcja również zasługuje na pochwałę. Brzmienie, wykreowane ponownie przez Daniela „Azara” Arendarskiego, jest selektywne, ale nie sterylne. Instrumenty zachowały odpowiednią chropowatość, przez co album nie traci wręcz koncertowej energii. Perkusja brzmi naturalnie, bas jest dobrze słyszalny, a całość ma przyjemnie analogowy klimat, którego często brakuje współczesnym wydawnictwom. Oczywiście słychać dobrze, że jest to jak najbardziej płyta stworzona w trzeciej dekadzie XXI wieku
Nie oznacza to jednak, że album jest całkowicie pozbawiony wad. Może czepiam się na siłę, ale mam wrażenie, że zespół zbyt mocno trzyma się sprawdzonych schematów. Brakuje utworu utworów, które wyraźniej wybijałyby się ponad resztę materiału. To jednak bardziej kwestia oczekiwań niż realnego problemu z jakością kompozycji.
Największym atutem płyty jest jej konsekwencja. IRONBOUND nie skacze po muzycznych „kwiatkach” i nie szuka tanich efektów. Nie próbuje udawać nowoczesnego zespołu ani kopiować aktualnych trendów. Dominuje klasyczny heavy metal z wyraźnymi wpływami speed metalu i amerykańskiej szkoły lat osiemdziesiątych. Dzięki temu „Serpent’s Kiss” słucha się jak dobrze przemyślanej całości, a nie zbioru przypadkowych utworów. To niecałe 47 minut solidnych i mocnych riffy, wyrazistych melodie i szczerego heavy metal, który równie dobrze zabrzmi podczas jazdy samochodem, jak i na koncertowej scenie.
To płyta dla słuchaczy wychowanych nie tylko na IRON MAIDEN, JUDAS PREST, ACCEPT czy wczesnym GRAVE DIGGERZE, ale również dla tych, którzy po prostu szukają dobrze napisanego, energetycznego heavy metalu bez zbędnych ozdobników. „Serpent’s Kiss” nie zmieni historii gatunku, ale z pewnością umacnia pozycję zespołu i potwierdza, że klasyczny heavy metal wciąż ma się dobrze i nadal potrafi dać sporo satysfakcji i radości.
IRONBOUND – „Serpent’s Kiss”
LP 2024, Ossuary Records
Lista utworów:
1. Doomsday to Come
2. Holy Sinners
3. Serpent’s Kiss
4. The Destroyer of Worlds
5. The New Dawn
6. Forefathers’ Rites
7. Vale of Tears
8. The Healer of Souls
Skład zespołu:
Zbigniew Bizoń – bas
Adam Całka – perkusja
Michał Halamoda – gitary
Krzysztof Całka – gitary
Łukasz Krauze – wokal
Najbliższe koncerty:
14.11 – Kraków, Hype Park (+ LABYRINTH) https://fb.me/e/6aoOYB8Cx
RECENZJĘ PIERWSZEJ PŁYTY ZNAJDZIESZ TU: