OBEJRZANE: „Vader. Wojna Totalna”, czyli death metal na teatralnych deskach

Jak opowiedzieć historię zespołu, który od ponad czterech dekad pozostaje jednym z najmocniejszych polskich towarów eksportowych? Jak przełożyć bezkompromisowość Vadera na język teatru, nie zamieniając spektaklu w szkolną akademię albo koncertową składankę? Twórcy „Vader. Wojna totalna” znaleźli własną odpowiedź – i trzeba przyznać, że wyszli z tej próby obronną ręką.


Przeniesienie historii zespołu VADER na deski teatru wydawało się pomysłem co najmniej ryzykownym. Death metal i teatr to przecież dwa światy, które na pierwszy rzut oka mają ze sobą niewiele wspólnego. Okazuje się, że to tylko pozory. Dowodem może być fakt, że zdecydowana większość (jeśli nie wszystkie) spektakli w olsztyńskim Teatrze im. Stefana Jaracza była wyprzedana. Większość widzów to osoby dorosłe, w koszulkach VADERA, które wiedziały z czym mogą się spotkać. Mnie już na wejściu zaskoczyła miła pani z obsługi, oferując widzom przy wejściu zatyczki do uszu 😉

Niestety nie było mi dane być na premierze 1 kwietnia. Dotarłem do Olsztyna dopiero na ostatnie przedstawienie, pod koniec maja. Nie mogłem po prostu na nim nie być. VADER to kawał historii muzyki, która od ponad 30 lat napędza moje życie. Zespół jest dla mnie szczególny również z tego względu, że przez jego skład przewinęli się muzycy związani z moim rodzimym miastem – Kętrzynem.

Scenariusz jest oparty o autoryzowaną  biografię zespołu o tym samym tytule, autorstwa Jarosława Szubrychta. Na teatralny „język” przełożył ją reżyser i scenarzysta Tomasz Man.

Vader
fot. Wojtek Caruk

„Vader. Wojna totalna” to nie jest spektakl o kolejnych wydanych płytach, zmianach w składzie czy koncertowych podbojach. Owszem, te elementy się pojawiają, ale stanowią jedynie tło dla znacznie ważniejszej opowieści. W centrum znajduje się cena, jaką płaci się za życie podporządkowane muzyce. Pasja miesza się tu z uporem, sukces z rozczarowaniem, a marzenia z brutalną rzeczywistością Polski przełomu lat 80. i 90. Od problemów sprzętowych, przez brak perspektyw, po konieczność udowadniania światu, że z Polski również może wyjść zespół liczący się na metalowej mapie świata.

Twórcy nie próbują na siłę oswoić metalu z teatralną publicznością. Nie tłumaczą, czym jest death metal, nie wygładzają jego estetyki i nie uciekają od ciężaru, który od początku definiował VADERA. Zamiast tego oddają głos ludziom, dzięki którym ta historia w ogóle mogła się wydarzyć. Dzięki temu spektakl zachowuje autentyczność, a jednocześnie pozostaje zrozumiały dla widzów spoza metalowego środowiska. Chociaż mam wątpliwości, czy wielu takich zasiadło na widowni.

Scenografia jest surowa, momentami wręcz ascetyczna, ale właśnie to działa na jej korzyść. Kilka elementów, odpowiednio wykorzystane światło i projekcje wystarczają, by przenieść widza z sali prób do dusznych klubów, z koncertowych scen do chwil zwątpienia, które zwykle pozostają poza zasięgiem fanów. Nie ma tu efektów dla samych efektów – wszystko podporządkowano opowieści.

Ogromne wrażenie robi tempo spektaklu. Nie pozwala ono widzowi na chwilę rozluźnienia, a kolejne sceny płynnie budują napięcie. To przedstawienie ma energię dobrze skonstruowanego koncertu – są momenty uderzenia, chwile oddechu i finał, który zostaje w głowie jeszcze długo po opuszczeniu sali.

Vader
fot. Wojtek Caruk

Muzyka VADERA oczywiście odgrywa kluczową rolę, ale nie dominuje przedstawienia. Jest jego krwiobiegiem, a nie ozdobą. Pojawia się dokładnie wtedy, kiedy powinna, podbijając emocje i przypominając, że za teatralną historią stoi zespół, który od lat cieszy się szacunkiem na światowej scenie ekstremalnego metalu. Co ciekawe – większość dźwięków jest wydobywana przez aktorów za pomocą metalowych beczek i łańcuchów. Wprowadza to klimat charakterystycznych dla death metalu perkusyjnych blastów. Na szczególną uwagę zasługuje też gitarzystka i wokalistka Karolina Ptaszyńska, ozdabiająca całość riffami i solówkami nie tylko z utworów VADERA, ale też tych, które były inspiracjami dla „Petera”. Są też muzyczne niespodzianki, ale nie będę ich zdradzał.

Na osobne uznanie zasługuje obsada. Aktorzy nie próbują tworzyć karykaturalnych kopii muzyków ani odgrywać ich gestów z przesadną dokładnością. Tu nie ma miejsca na imitację. Zamiast tego budują wiarygodne postaci, dzięki którym widz wierzy zarówno w sukcesy, jak i porażki bohaterów.  Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Piotr „Peter” Wiwczarek (w tej roli Krzysztof Plewako-Szczerbiński), ale pozostałe postacie nie są jedynie tłem.

Vader. Wojna totalna działa również jako opowieść o polskiej scenie metalowej. Przypomina czasy, kiedy zdobycie instrumentów graniczyło z cudem, zachodnie płyty krążyły z rąk do rąk, a marzenie o światowej karierze wydawało się czystą fantazją. Tym mocniej wybrzmiewa fakt, że grupa z Olsztyna nie tylko przetrwała, ale wypracowała pozycję, o której wiele zachodnich zespołów mogło jedynie pomarzyć.

Największą zaletą spektaklu jest jednak to, że nie próbuje nikogo przekonywać do metalu. Pokazuje za to uniwersalną historię ludzi, którzy postawili wszystko na jedną kartę. To opowieść o konsekwencji, lojalności i determinacji – wartościach, które równie dobrze odnajdują się na scenie teatralnej, jak i pod sceną największych festiwali.

Ogromnym atutem spektaklu jest jego autentyczność. Nie ma tu niepotrzebnego lukru ani budowania pomnika. Bohaterowie pozostają ludźmi z krwi i kości – pełnymi pasji, ale też słabości, frustracji i wątpliwości. Dzięki temu nawet osoby niezwiązane z metalową sceną mogą odnaleźć w tej historii uniwersalne emocje.

Widowisko kończy się w momencie, kiedy zespół rozpoczyna swoją światową karierę – pierwsza płyta i teledysk w MTV.  W zaledwie godzinę opowiedziano w pigułce historię i drogę, jaką przeszli „Peter” i spółka. Wychodząc z sali czułem jednak lekki niedosyt – zabrakło kilku wątków. Ale to może temat na inną opowieść. W końcu nie da się tylu burzliwych lat streścić w krótkim czasie i w tak ascetycznej formie.

„Vader. Wojna totalna” nie jest tylko prezentem dla fanów zespołu. Dla metalowej publiczności będzie to podróż pełna emocji i wspomnień, a dla pozostałych – okazja do odkrycia fenomenu jednej z najważniejszych polskich formacji na światowej scenie ekstremalnego metalu. To jedno z tych przedstawień, które udowadniają, że rock i metal mogą być pełnoprawnym tematem teatru, jeśli za realizację biorą się ludzie rozumiejący zarówno siłę muzyki, jak i znaczenie dobrze opowiedzianej historii. A po wyjściu z sali trudno oprzeć się wrażeniu, że ta wojna – o marzenia, o własne miejsce i o muzyczną niezależność – wciąż trwa.

Nie wiem, czy widowisko powróci na olsztyńskie deski. Dlatego, jeśli jeszcze nie widzieliście, to skorzystajcie z dwóch wakacyjnych, wyjazdowych okazji. W ramach projektu Festiwal Teatr Jaracza w Zabytkach Warmii i Mazur „Vader. Wojna totalna” będzie można obejrzeć:

22.08Dobre Miasto, Stodoła Kultury

03.09Ełk, Muzeum Kolejnictwa

Więcej info na: https://teatr.olsztyn.pl/spektakle/vader-wojna-totalna/