STONE RIVER – „Stone River”

Roger Glover powiedział, że rocka można grać do końca życia. Tę prawdę wyznaje również trójmiejski zespół STONE RIVER udowadniając swoim debiutem pod tym samym tytułem, że ten gatunek muzyczny jest wiecznie żywy. Płyta zawiera 10 kompozycji, w których pobrzmiewają echa DEEP PURPLE, RAINBOW, ale i elementy stonera, grunge’u, funku czy bluesa.


Rozpoczyna ją numer „Zmarnowany głos” – świetny, z bardzo energetycznym riffem i solem, którego nie powstydziłby się sam Slash. Następnie „Kurz i pył” – trzymająca tempo rakieta dobrego, rockowego grania. Podobne, w soczystym klimacie są późniejsze „Deficyt słów” i „Pierwszy krok”. Na singiel promujący zespół wybrał „Gniew” – rozpoczynający się dorodnym, mięsistym i przesterowanym riffem, z towarzyszącym mu jak cień basem oraz melodyjnym refrenem.

Prawdziwą perłą na płycie jest jednak numer „Kończący sen” – dłuższy, rozbudowany, z akustycznymi wstawkami, zaczynający się spokojnie, w którym Marek Anzelm Dzilne przypomina wokalnie najlepsze czasy Eddiego Veddera z „Alive”, wspaniale budując nastrój od spokojnego, zaklinającego słuchacza nucenia do mocnych, drapieżnych końcówek. To kawałek trochę w stylu: STONE TEMPLE PLOTS spotyka ILLUSION „III”. Wart szczególnej uwagi jest również „Ostatni raz” – spokojniejsza, bardzo melodyjna kompozycja, z pięknym, emocjonalnym solo, i melancholijnymi chórkami, pozostającymi w głowie na długo, dająca chwilę wytchnienia po tej wielkiej dawce energii, którą STONE RIVER zaprezentował na starcie. Utwór „Ogień” natomiast to wyrazisty, dynamiczny kawałek, kojarzący mi się z jazdą otwartym kabrio w upale po Route 66. Marek pokazuje tutaj bardzo ciekawe oblicze swojej rockowej charyzmy, z fajną, naturalną chrypą na wokalu. Z kolei królewski, w purplowskim stylu riff „Do przodu” na pewno wspaniale sprawdza się na koncertach, pozostawiając rozgrzaną publikę bez tchu w szaleńczej zabawie pod sceną. Na miejscu zespołu to ten numer wypuściłabym jako drugi promujący singiel. Podobnie klasycznie rockowy i dynamiczny „Pokój 305” – to gwarantowany hit, który z pewnością rozbuja publiczność.

Teksty są napisane w naszym rodzimym języku. I choć twórców było kilku, to wszystkie zagrzewają do walki, nadziei i nie poddawania się w obliczu trudnych sytuacji życiowych. Zawierają w sobie wiele emocji: bólu, gniewu, tęsknoty, ale i nadludzkiej siły zdolnej pokonać przeciwności.

Jestem mile zaskoczona brzmieniem całej płyty, a zwłaszcza tym, jak brzmi sekcja rytmiczna. Bas jest ekspresyjny, głęboki, matowy, stanowiąc wraz z perkusją niepowstrzymaną pompę tłoczącą dynamizm we wszystkie numery. Co ciekawe – gra go w większości utworów gitarzysta Maciej Treppa. Jedynie w jednym numerze pojawia się Wojciech Woźniak, zapewne dlatego, że doszedł do zespołu już w trakcie tworzenia krążka. Na tym jednak nie koniec, bo Maciek wyciska też rockowe riffy z gitary z łatwością, niczym cytrynę do whisky z lodem. A żeby słuchaczom opadła jeszcze bardziej szczęka, to również on zajął się nagraniem, miksem i masteringiem całej płyty. Nagrywając w domu (!) osiągnął zaskakująco dobre brzmienie, a mój szacunek zyskało zwłaszcza nagranie perkusji. Wszyscy muzycy wiedzą, że zarejestrowanie bębnów to najbardziej żmudna i wymagająca część pracy nad płytą. Wyszło to tak dobrze, że jestem zaskoczona, iż taki efekt można uzyskać w domu. Przejścia brzmią bardzo klarownie, fantastycznie słychać werbel , tomy i stopę, a i talerze mają moc i krystaliczną barwę. Marcin Dubowski od lat wie jak obchodzić się z perkusją, gra z wielkim entuzjazmem i zaangażowaniem, stąd boska praca bębnów. Zespół dopełnia wspomniany wyżej wokalista Marek – obdarzony bardzo mocnym głosem, o skali o dużej rozpiętości. Potrafi wyciągnąć i niskie, i bardzo wysokie dźwięki, czasem wręcz zaskakując spontaniczną zabawą w górnych rejestrach, a najswobodniej wydaje się obracać właśnie w tonacjach wysokich. Nie do końca jedynie jestem fanką linii wokalnych z tak obfitą ilością ozdobników i długich tonów, jakie Marek stosuje, niemniej to zawsze kwestia gustu. Również trochę bardziej na miejscu Maćka pobawiłabym się samą realizacją wokalu. W dwóch numerach pojawiają się też bardzo ciekawe chórki, dodające apetycznego klimatu kompozycjom.

Debiut STONE RIVER z pewnością zasługuje na uwagę. I chociaż ich drogi z Markiem właśnie się rozeszły, to wierzę,że uda im się znaleźć godnego następcę i wielbiciela rockowego grania, z którym podbiją serca słuchaczy i sceny w całej Polsce.

Alina Lewandowska (FBhttps://www.facebook.com/ilovewhatihear)